RSS
piątek, 13 maja 2011
Lubię to

Było już ostatnio o tym, że pewnych rzeczy "nowoczesnych" nie rozumiem. Poza tymi, których nie rozumiem są też te, które mnie wkurzają. Co za infantylny debil wymyślił "lubie to". Wszelkie shary i udostępnienia rozumiem, bo to wszak jest clue sieci społecznej w internecie. Dzielenie sie, polecanie, podrzucanie, jak zwał  tak zwał. W przypadku dzielenia sie ukonachaną przeze mnie muzyką ma to tak samo kolosalne, pozytywne znaczenie. Ktoś gdzieś coś kliknie i sie rozchodzi pocztą pantofową. Daje to duże możliwości promocji, młodym zespołom, artystom, stronom, portalom. Co innego, że najczęściej rozprzestrzeniają się tak głupoty...

Nie będę się rozpisywał o idiotyczności lubienia tego. Źródło ikonograficzne, naprawdę przykre i nie przypadkowe, bo to wiadomość z dzisiaj wszystko wyjaśni. Zamieszczam poniżej:

...

 

ziom r.

16:59, ziomalstwo
Link Komentarze (5) »
sobota, 07 maja 2011
Brat Deep

Zacząłem rozumieć, że pewnych praw, które obowiązują w świecie internetu, mediów itd. już rozumieć w pełni nie będę. Tak napradę ten świat kreują nastolatkowie a przy nich już dziadem jestem z kamienia łupanym. W dodatku wyznaje raczej mało popularne w tym świecie wartości.

To tak na wstęp a propos nie rozumienia pewnych spraw.

Kolejną taką kwestią jest Pan Deep. Długo się wstrzymywałem od wszelkich komentarzy i zbyt szybkich osądów. Przyglądałem sie bacznie jak Pan Deep funkcjonuje w życiach normalnych, by nie rzecz obraźliwie, zwykłych Polek. Wnioski są tyleż szokujące co ciężkie do zinterpretowania.

Brat Deep(Zamieszczam źródło ikonograficzne w celu zaspokojenia kobiecej wyobraźni, która przy słowie Deep potrzebuje szybko zobaczyć Brata Deepa)

Okazuje sie, że Pan Deep żyjący gdzieś tam tysiące kilometrów stąd, rozbijający się landrowerami i porszami, uprawiający seksy różne z najpiękniejszymi kobietami jest tuż obok nas. Chodzi z nami na piwo, na spacery się wybiera w swym słomianym kapeluszu, na koncercie za gitarkę chwyci w dżinsach porwanych szarmancko i szalenie zarazem (tylko un tak umi).

Deep żyje wśród Polek, istnieje w codziennych rozmowach. Jest prawie tak realny jak my, szarzy polscy chłopcy. 

Z Deepem znam się już doskonale. Traktuje go już prawie jak brata. Jesteśmy naprawdę blisko. Puko do mnie z ekranu monitora. Z demotywatorów, z kwejków, onetów. Nawet zostaliśmy sąsiadami. Na pewnym komputerku Deep pokazuje się na wygaszaczu. Więc jak nic sie nie dzieje, to sie pojawia. Ja jestem z kolei na puplicie. Nie prawda, że słodko? Prawie jak byśmy w ławce razem siedzieli. Czasami tylko się wpierdziela Pan Edi Vejder, ale obaj go z Deepem nie lubimy. Jak Vejder wpada to milczymy wymownie żeby się źle w naszym towarzystwie czuł i zaraz znika. Gbur taki.

Nie wiem więc i nie rozumiem co Pan Deep zrobił z umysłami Polek. W sposób demoniczny nimi zawładnął. Absurd absolutny. Szczególnie, że to z ust kobiet najczęściej padają słowa, że liczy się przede wszystkim wnętrze...

ziom r.

21:18, ziomalstwo
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 04 kwietnia 2011
Groundation – geniusze reggae

Są takie piosenki i tacy artyści, którzy poprawiają nam humor. Albo których cenimy, praktycznie bez względu na to co akurat nagrali. Niekiedy, nie wiedząc nawet dokładnie, za co ich tak cenimy. Po prostu, trafiają do nas i już.

Z rodzimych twórców mam tak z Aliansem, który teoretycznie nie tworzy nic szczególnego, a jednak ich uwielbiam. Połączenie punku, reggae i ska. Zaangażowane teksty, często naiwne i proste, częściej inteligentne i trafiające w ramy mojego światopoglądu. Dobrze się rozumiemy po prostu;). Ale nie o Aliansie dzisiaj...

Jest jeszcze zespół, który prawdopodobnie wpływa na mój układ nerwowy w sposób nieujęty jeszcze przez naukę. Groundation - geniusze reggae. Gdy tylko rozbrzmiewają pierwsze dźwięki wstępuję w stan odurzenia. Jak to dziecko z filmiku...

Groundation, ze swoim charyzmatycznym liderem Harrisonem Staffordem opanowali do perfekcji łączenie reggae, dubu i jazzu. Zatem w ich muzyce jest mnóstwo miejsca na doskonałe klawisze, nawet na organy hammonda, sekcję dentą oraz tętniący bas.

Groundation

I choć nie specjalnie rozpoznaję piosenki, tym bardziej tytuły i płyty, bo wszystko grają mniej więcej w tym samym stylu, to kompletnie mi to nie przeszkadza, choć najczęściej jest to zarzut w kierunku mało różnorodnych artystów. Z wielką niecierpliwością czekam więc na kolejną płytę, nad którą właśnie pracują oraz na solowy album Stafforda.

 

 

 

 

A żeby było jeszcze ciekawiej, w maju Groundation grać będzie w Berlinie. Zobaczyć ich na żywo to jedno z marzeń, które spełnić zamierzam, więc czeka nas podróż do stolicy Niemiec. Bliżej już chyba nie przyjadą, stąd mamy jakieś 120 km...

Ps: trwają prace nad muzycznym światem zioma r., więc już wkrótce nie będę bruździł tego bloga muzyczną dewiacją:)

Z Jah

Ziom R.

Tagi: muzycznie
15:35, ziomalstwo
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 28 marca 2011
Cuda znad Sekwany

Muzyka francuska ma ogromne tradycje, z kilkoma postaciami monumentalnymi, które niejako określiły styl muzyki francuskiej, by wspomnieć Edith Piaf na przykład. Bo mimo tego, że muzyki szufladkować sie nie da, to jednak słysząc hasło "muzyka francuska" kolajrzymy mniej więcej konkretny styl, klimat, sposób wykonania.

Jest coś w tej muzyce, co urzeka, mimo jej prostoty i przewidywalności. Pewnie składa się na to przepiękny język. Swoją drogą, zagadką dla mnie jest w jaki sposób robi on Francuzkom te dziubki!

Francuzka z dziubkiem

Nie można oczywiście zamknąć muzyki francuskiej w postać panienki w kaszkiecie tudzież berecie (czym się różnią psia mać?!), z gitarą brzdąkającą prostą melodię i śpiewającą "że tęęę". Owszem, dużo tego. Trochu Francuzi mają tendencję do spaczania w tę stronę, do pewnej ckliwości, przesadnej romantyczności i werteryzmu. No ale to Francuzi w końcu!

Ale Ci sami Francuzi znakomicie potrafią łączyć muzykę z elementami kabaretowymi, cyrkowymi, gitarowe granie z monodeklamacją. Nikomu to tak nie wychodzi! Ah, no i jakże pięknie grają folk! Ciężko aby Paryż nie kojarzył się z akordeonem. Myślisz Francja: akordeon, bagietki, wino, Zinedine Zidane:)

A muzyków klasy światowej Francja wydała bez liku... Tych mniej znanych, niekoniecznie mniej utalentowanych jeszcze więcej...

Wpierdzielę więc tu trochę francusszczyzny, ale nie smęty od razu....

As de Trefle:

Melanie Pain:

La Grand Sophie:

DobraCaracol:

Nouvelle Vague z Olivią Ruiz - dwa w jednym:D, tu akurat po hiszpańsku:)

Motyw z jednego filmu:

i z innego:

Noi na koniec, geniusz Yann Tiersen:

Au Revoir

ziom r.

Tagi: muzycznie
23:40, ziomalstwo
Link Komentarze (8) »
sobota, 26 marca 2011
Yonderboi, czyli angielska winda do nieba

By zrobić zagraniczną karierę w świecie muzyki trzeba tworzyć w języku angielskim. Jest to prawda brutalna i absolutna. Dlaczego tak jest? Nie wiem. Może rozpieszczone społeczeństwa szeroko rozumianego Zachodu nie chcą słuchać piosenek w językach, których nie znają. Szczerze mówiąc kompletnie tego nie rozumiem. Nie umiem doszukać się logicznego wytłumaczenia tego stanu rzeczy. Zachodzę w głowę, czy znam jakiś hit w innym narzeczu niż angielszczyzna i jakoś zbyt wiele pomysłów się nie pojawia. O może Asereje! Któż tego nie zna. Tylko co to za hit...

W Polsce za granicą kariery nie zrobił praktycznie nikt. Basia Trzetrzelewska?;). Są oczywiście wyjątki, jak choćby genialna i szanowana na całym świecie trip-hopowa nasza Pati Yang. Ale żeby nie było, większość jej twórczości jest w języku angielskim.

A przecież muzyka broni się sama. Nie muszę rozumieć o czym ktoś do mnie prawi, by zachwycić się dźwiękami, które temu towarzyszą, zrozumieć je i przeżyć na swój własny sposób. Buntuję się więc przeciwko monopolowi Wielkiej Brytanii i USów na prawo do kreowania gwiazd. Nie. Ani w Londynie, ani w Nowym Yorku nie mają know-how absolutnego. Rzeczy wartościowe, godne światowej sławy powstają w niemal każdym zakamarku globusa. To, że do centrów fonograficznych mają daleko to inna sprawa. Ale tym większą satysfakcję daje dotarcie do nich...

Powala również siła tzw. mainstreamu. Jeśli tylko się tam dostaniesz, wszystko zaczyna się bujać samo. Zamiast spelun i klubów studenckich zaczynają się koncerty z publiką liczoną w setkach i tysiącach, zamiast "na piwo" pojawiają się miliony keszu. Czy Bednarek robi coś na tyle dobrego by ścigać sie z Kultem na listach przebojów? Nie. Są setki kapel lepszych o klasę. Ale wskoczył do rzeki złotem płynącej i rozkochał w sobie pół nastoletniej Polski. Nie ma lepszej skarbnicy niż kieszenie rodziców.

Yonderboi

Zespół o którym chcę napisać również do czołówki się przebił. Tworzy także w języku angielskim, mimo tego, że pochodzi z Węgier. Co prawda nie osiągnął pułapu Massive Attack czy Portishead, ale zdobył szerokie uznanie. Yonderboi, czyli zwyczajnie Laszlo Fogarasi to coś jak więgierski trip-hop połączony z jazzem i elektroniką.

Upierać się będę, że najlepsze kawałki powstały w języku węgierskim, które zapewne pogrążyłyby go w muzycznym czyśćcu.

Rzeczy nieco podobne robi nasza Dagadana, która z kolei śpiewa po polsku i ukraińsku. Oby nie przerzuciłli się na angielszczyznę...

ps:wiem, że ostatnio zanudzam już tylko muzyką, więc nie wiem czy nie czas pomyśleć o blogu muzycznym i skończyć z płakaniem o trudnej rzeczywistości, pluciem na pomniki Polaków (Małysz k***a!) oraz obrażaniem uczuć religijnych.

ziom r.

Tagi: muzycznie
22:36, ziomalstwo
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 22 marca 2011
Profesorów dwóch

Ze sporym spóźnieniem obejrzałem w końcu "It Might Get Loud", czyli dokument rejestrujący spotkanie trzech legend gitary, Jimmiego Page'a z Led Zeppelin, Jack'a White'a z The White Stripes i Edge'a z U2. Przy czym już na starcie się wysypię - nijak nie pasuj mi do tego składu ów Edge, z jeszcze większym trudem użyłem miana legendy gitary w stosunku do niego. I wiem, że ranić mogę uczucia fanów U2:).

Nie pasowało mi to jeszcze przed obejrzeniem filmu. Jego obejrzenie potwierdziło jedynie moje odczucia. Przy takich tuzach gitary jak Jimmi i Jack, to pan Edge czuł się jak ubogi krewny w dziurawych skarpetach.

Jacek Białas

Jako, że Panowie pokazywali sobie co lepsze riffy swojego autorstwa, mogli też razem pobrzdękać. Odnosiłem nieodparte wrażenie, że przy graniu riffów Edga, panowie J. się ewidentnie nudzili. A i filizofia podejścia do gitary raczej tworzyła między nimi barierę. Edge zakochany w efektach i pogłosach, technicznych modyfikacjach brzmienia, Jack White z kolei permanentnie chodzący na wojnę z gitarą, grający na plastikowym złomie i zakochany w czarnoskórych bluesmanach lat '30 oraz weteran Jimmi Page, absolutny mistrz.

Wystarczy zobaczyć na miny Jacka i Edga, kiedy mistrz zaprezentował im chyba najbardziej rozpoznawalny riff w historii rocka "Whole Lotta Love". Ktoś znakomicie zauważył, że wyglądali jak dzieciaki w sklepie ze słodyczami. Kolejne genialne partie "Kashmiru" czy "In My Time Of Dying" - ciężko dziwić się ich respektowi.

Widać było, że panowie J. doskonale się rozumieja i czują nawzajem rzeczy, które wychodziły spod ich palców. Chemia wybitnych twórców. Czucie dźwięków intuicyjnie, Jimmi grający "The Battle Of Evermore" na mandolinie albo Jack robiący gitarę z kawałka dechy i butelki. Żadnych wspomagaczy, zero ściemy.

No i trochę to dziwnie wyglądało. Dwóch profesorów gitary i ledwie doktorzyna. Musiał czuć się tam nieswojo:). Trio byłoby pełne, gdyby zaproszono tam choćby Erica Claptona czy Jeffa Becka.

ziom r.

Tagi: muzycznie
14:55, ziomalstwo
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 17 marca 2011
Spięty w Trójce

Po dwóch latach od wydania "Antyszantów" Spięty zawitał dzisiejszego wieczora do Studia Trójki, imienia Agnieszki Osieckiej.

Solowy materiał Spiętego jest całkiem inny niż Lao Che. Dużo jest w nim psychodelii, brudu, złamanych melodii , zmian tempa. Choć jak już pisałem o Antyszantach, nie jest to styl, który w pełni do mnie trafia, to w wykonaniach koncertowych można odnaleźć całe mnóstwo smaczków i niespodzianek.

Spięty na tyle dojrzał muzycznie, że nie dość, że zrealizował własny pomysł na materiał solowy, to w dodatku ogrywa go na koncertach solo. Broni się w stu procentach. Nie ma w tym ściemy i przymusu. Nawet mimo tego, że nie jest to prosta muzyka, przyciąga rzesze ludzi...

Granie solo to himalaje w świecie muzyków. Jakże łatwo w nim o nudę, powtarzalność, sztampowość, smęcenie. U Spiętego absolutnie tego się nie znajdzie.

Spięty liveźródło:estrada.poznan.pl

Jego występy to w dużej mierze wzbogacone o improwizację utwory z płyty oraz cała masa coverów, które dobiera według sobie tylko znanego klucza... Bo gra i hymn wschodniego reggae "Ja Soldat" 5'nizzy, i balladę z Kill Billa "Bang Bang" Nancy Sinatry, piosenkę Kabaretu Starszych Panów, Kalibra 44 czy Macieja Zembatego. Czego się nie tknie, zamienia to w coverowe złoto...

I tak sobie pomyśłałem, że mimo tego, że coveruje znakomicie, to raczej nie zrobiłby furory w tych wszystkich mam talentach, x-faktorach itd. Wbrew powtarzanych jak mantra deklaracjom, że w programach tego typu szukają wybitnych indywidualności, tak naprawdę promują tam powielaczy. Co innego umieć śpiewać, co innego być muzykiem... Choćby Bednarek, który furorę zrobił w kraju niesamowitą, do tego stopnia, że gdy przyjechał do Szczecina, to trzeba było zmieniać miejsce występu na większe. Podobno ma głos, laski za nim sikają, parę piosenek wykonał brawurowo. Ale jak przyszło nagrać płytę, stworzyć melodie, teksty, klimat, to pożal się o Jah najukochańszy. Wór trocin i zgniłe jajo.

Ale wracając do Spiętego w Trójce...Sam koncert był dziwny. Dużo powykręcanych dźwięków, mało popisów wokalnych Spiętego. No i zabrakło tych najpopularniejszych coverów. Ale potencjał drzemie w nim niesamowity. Jeśli wyda kiedyś jeszcze cokolwiek solo, to pewien jestem, że będzie czego słuchać.

Poniżej jeden z ciekawszych fragmentów dzisiejszego koncertu:

ziom r.

środa, 16 marca 2011
Kaleczony polski, czyli inspiracje znad Wisły

Przywykliśmy, że w piosenkach raczej używa sie poprawnej polszczyzny, należytą uwagę zwraca się na dykcję, ze składnią to już bywa różnie - spadanie w dół i takie tam. Ale najczęściej słuchając danego utworu nie koncentrujemy się na tym jak wyśpiewywane są słowa i sekwencje, lecz po prostu cieszymy się, bądź nie, utworem.

Może właśnie dlatego, by było nieco inaczej, niezwykłą uwagę zwracam na utwory w krótych język polski jest nieco kaleczony... I nie mam tu na myśli twórczości rynsztokowej z blokowisk.

Jak wiadomo polski w ustach obcokrajowca brzmi całkiem inaczej. Odmienne jest akcentowanie, wymawianie niektórych charakterystycznych dla naszego języka liter, nieuniknione naleciałości z innych narzeczy, które dodają wymowie uroku.

Polska muzyka z kolei, jest dla obcokrajowców bardzo atrakcyjna, wbrew temu co widzimy w tv. Niezwykle żywa polska sfera biesiadna, słowiańskie korzenie, setki lat cierpień, niemała wrażliwość, to wszystko sprawia, że nad Wisłą powstają rzeczy, które mogą inspirować. Również za granicą.

A może to nie tylko kwestia brzmienia. Może to kompleksy? Wszak nasi rodzimi wokaliści męczą się nader często w języku angielski, francuskim, niemieckim (Kajne Grencen k***a!) czy rosyjskim. Polskiego nie uczy się nikt. Nie dość, że jeden z najtrudniejszych języków na świecie, to w dodatku po cholere się uczyć? Polska centrum świata narazie raczej nie będzie, przynajmniej nic na to nie wskazuje... Lepiej już się uczyć chińskiego, w sensie mandaryńskiego albo arabskiego....

Dlatego też tak rzadko możemy usłyszeć obcokrajowca śpiewającego po polsku. A jest to język przepiękny, nader bogaty, plastyczny dla poetów i tekściarzy... Więc kiedy brzmi w ustach niezwykłych do "szcz", "ść" i tym podobnych, powstają prawdziwe kwiatuszki...

L'herbe Folle

Pojawia się tidzień zamiast tygodnia, ciarna zamiast czarnej kawy, miali zamiast mieli - oczywiście wódkę, ciartka zamiast ćwiartki, Dańsk zamiast Gdańska, siukam zamiast szukam, mówią za duzio a nie za dużo, ciuję, więc jestem a reszta jest nie waszna...

Piękny przykład murzyńsko-polskiego.

...tu z kolei przykład żydowsko-francusko-polskiego...

...francusko-polski. Wokalistka z Polską nie ma nic wspólnego a tekst fonetycznie zapisała jej koleżanka z zespołu, która interesuje się Polską na codzień....

...francusko-duńsko-polski. Karen z ekipy Czesław Śpiewa. Rewelacyjna instrumentalistka i wokalistka...

...i na koniec coś nie po polsku, ale wystarczy posłuchać początku, by zrozumieć, że z Polską związek to ma niemały. Przepiękny cover Sophie Salomon z brytyjskiego zespołu Oi Va Voi....

Idźcie więc i kaleczcie nasz język jak tylko chcecie! Niechaj szpiewanie szprawia Wam dudżo pczyjemności, bo wychodzi z tego gruby plaster fajnej sprawy...

ziom r.

poniedziałek, 07 marca 2011
Lao Czesław Tour w Szczecinie

Jak zawsze, gdy Lao Che grywa w naszej okolicy, powiedzmy w tej odległości 1.000 km, to na koncercie się stawiamy. Gdy przybywa do Szczecina, w dodatku w towarzystwie Czesława, to wówczas obecność nasza jest równie pewna jak i samych zespołów...

Projekt Lao Czesław Tour to 6 wspólnych występów obydwu ekip. Wiadomość o wspólnej trasie zelektryzowała fanów w całej Polsce, bilety szybko zostały wykupione, w kolejnych miastach sale pękają w szwach. Ciężko się dziwić..

Zaczął Czesław. Jak zawsze łącząc muzykę z cyrkowo-kabaretowymi elementami. Bezkompromisowa gadka, nie oszczędzająca nikogo to znak rozpoznawczy. Ale sam koncert mnie nie powalił, choć było parę kompozycji, które robiły wrażenie. Szczególnie pod koniec. Kapitalny dźwięk daje wielki suzafon, który prócz swojej funkcji muzycznej ma też inną - po prostu zajebiście wygląda. Jak z bajki.

Potem przyszedł czas na Lao Che. Już zapomniałem co to jest lao che na żywo. Szłem jak na zwykły koncert. Pięć minut występu i już wiedziałem, że to zwykły koncert to to nie będzie...

Lao Che na żywo ma brzmienie jakiego nie ma żaden inny zespół w tym kraju. Totalna, niczym nie skrępowana, enargia. Kiedy się rozpędzą, gdy wszystkie instrumenty złożą się w melodię, to uczucie jest podobne do tego, gdy się wystawi łeb przez okno w pociągu.

Lecz co najważniejsze, koncert w ich wykonaniu to nie odtworzenie płyty. Zawsze można liczyć na jakieś niespodziewajki. Wczoraj było tego bez liku, duża część utworów z "Prądu", "Gospela" i "Powstania" była przearanżowana. Mnóstwo było wmontowanych w utwory motywów, których wcześniej nie słyszeliśmy.

Ogólnie i tak czuję się nieco oszukany, bo myślałem, że oba zespoły wystąpią w pełnych składach jednocześnie. Choć prze chwilę. Cóż to by była za rewelacja! Ale niestety musiał mi wystarczyć "Życie jest jak tramwaj" z Karen na saksofonie. I co? Ciary na plecach. Genialne brzmienie. Odjazd. Zawsze jak Lao urozmaica swoje intstrumentarium jest w deche. Podobnie jak grali z sekcją dętą na Woodstocku. No i ten saks Karen... total wypiżdż (tak to się pisze).

Rodzynków było wiele.  Marleyowskie "Get Up Stand Up" na początek "Astrologa". Inaczej zagrana "Groźba", znalazło sie też miejsce dla "Ludzi Wschodu" z dorobku Siekiery. A propos coverów. Miła niespodzianka i nie lada wyzwanie, doorsowe "Riders On The Storm". Wieża na klawiszach totalnie dał radę... Był równiez element urywający jaja, czy tam podwozie, którym kto dysponował - "Hitlerowcy" w wersji niemalże heavy metal. Energia tysiąc pięcet! Aaa no i było reggae'owanie, choćby w zamykającym koncert "Siedmiu nie zawsze wspaniałych".

Jak zawsze koncert Lao Che to wycieczka po stylach, od rocka przez punk, reggae, metal, ba, nawet hip-hop, po kurna elektronikę. I powtórzę się - takiej muzyki w tym kraju nie gra nikt. I jest to bezsprzecznie pierwsza liga.

A sam koncert... 10/10. No i czas na jakieś piwko się też znalazł...

Pozostało czekać na kolejne koncerty. No i płytę... Najlepiej reggae'ująco-punkującą... ale jak donoszą nasi informatorzy, basita jest anty-rasta i z reggae'owania będzie dupa;)

Ps: Rychu, trzymam za słowo, że w 2012, jak nie będzie końca świata, to znajdzie się płytka na reckę dla mnie!:)

A "Riders On The Storm" w wykonaniu Lao wygląda mniej więcej tak. Miażdży na żywo:

Ziom R.

13:09, ziomalstwo
Link Dodaj komentarz »
piątek, 04 marca 2011
Nasz ptak w końcu opadł

Adam Małysz zakończył karierę. Jakże ja się cieszę z tego faktu. Małysz od dłuższego czasu był dla mnie symbolem otępienia narodu.

Gdy nasz wielki mistrz najbardziej popularnej dyscypliny sportowej na świecie, czyli skoków na nartach występował bez sukcesów był obiektem drwin. Drwin nielicznych dodajmy, gdyż skoki narciarskie oglądała garsta ludzi.

I nagle nie wiadomo dlaczego Małysz, który do tej pory rzadko mieścił się w finałowej trzydziestce zaczął latać. Cud. Niewytłumaczalne. Wtedy obwołano Małysza zawodnikiem perfekcyjnym pod względem budowy ciała i techniki. Zaczęły się sukcesy.

Jak tylko Małysz zaczął wygrywać, pół Polski, ee gdzie tam, cała Polska poczęła oglądać nałogowo skoki. Rozpoczęła się małyszomania.

W każdym warzywniaku dyskutowano o bulach, zeskokach, telemarkach. Zamiast Turnieju Czterech Skoczni, w publicznej poczęto pokazywać wszystkie zawody, kwalifikacje, treningi i rozgrzewki. Podniecania się nie było końca.

Komentowanie skoków przez Pana bodajże Zydorowicza, czy później Kurzajewskiego to była czysta komedia. Począwszy od okrzyków "Leć Adam, leć..!", "Leć nasz Orle" aż po niespecjalnie ukrywaną satysfakcję z upadku przeciwnika: "Uwaga, Hannawald....i...i... i UPADEK! ! !" No piękne.

małyszomania

Na skoki patrzeć nie mogę, choć oglądałem kiedyś sam z siebie. Oglądałem też czasami F1, ale od kiedy Św Kubica sie pojawił, stało sie to samo. Spasowałem więc.

Wiem, że słaby ze mnie patriota. Że wstyd, że sobie gębę takimi Polakami wycieram...

Ale cieszę się niezmiernie, że Król Adam (te kurwa polskie określenia na wyrost) zakończył swoją karierę. Oby skoki wróciły gdzie ich miejsce, czyli do trzeciej setki najbardziej popularnych skoków. Normalności. Dystansu...

Tylko martwię się, czy teraz będziemy podbudowywać swoje polskie ego? Małysz wylądował, Kubica zjechał do boksu, Gortat czasu na reprezentacje nie ma, szczypiorniści dostają w dupę, siatkarze wypadli z czołówki, o piłkarzach nawet nie wspomne.

Cóż my teraz poczniemy?!

ziom r.

13:42, ziomalstwo
Link Komentarze (4) »
niedziela, 27 lutego 2011
O pewnej niedostępnej pupie

O najjaśniejsza PUP-o. Nieczuła jesteś na ludzkie troski, lodem swych pośladków mrozisz nasze płonne nadzieje. Wydalże tę kasę,co w sobie niby skrywasz.

Z drugiej strony szanowna PUP-o, mam Cię za ostatnią zdzirę. Aż mi wstyd, że z taką szmatą muszę się zadawać. Ba, być na łasce. Nienawidzę Cię i oczekuję pomocy. Czyżby ten szarlatan ostatni, ryżowłosy belzebub podał Ci stoperan?

Cóż to za sprzeniewierzenie się własnym poglądom liberalnym, korzystać z pomocy państwa na samym początku drogi. Włazić do PUP-y, na dzień dobry. Poglądy poglądami a żyć trzeba. Pewnie właśnie w ten sposób umierają wszelki zacne idee najwznioślejszych i najpiękniejszych rewolucji. Tych wielkich i tych duchowych...

Zima Ludów, która zatrzęsła systemami społeczno-politycznymi północnej Afryki dała do myślenia. Woli narodu nie oprze się nawet najtwardsza i najbardziej szaleńcza władza. I słyszę ciągle komentarze: teraz u Nas by się przydało. Rewolucja to sprawa piękna, bo najczęściej wymierzona w zło. Rewolucja oddolna, naturalna,niesterowana to sprawa jeszcze piękniejsza. Ale szara codzienność szybko zabije rewolucję, a najtrudniejsze wbrew pozorom dopiero przed tymi społeczeństwami, które dopychają się po swoją reprezentację. Oj jakiż wielki syf przed nimi...Kanibalizm rewolucyjny.

A więc co chcemy u Nas powtarzać? Chcemy coś obalać? Powodzenia. Staję po stronie systemu. Tego złego systemu, który zabija wszystkich anarchistów. Również tych na facezbuku i w sieci Orange czy Play. I pijących wodę Żywca co jej jeden łyk to studnia w Sudanie.

Aaaa i droga PUP-o. Trochę Cię też lubię. Śmieszysz mnie. Szczególnie jak ostatnio do mojej PUP-y zajrzało CBĆ.

Patrzę na Ciebię PUP-o pozytwynie. Jak na damską pupę. Nie taką łatwą co każdemu daje, o nie. Do Ciebie trzeba dzwonić przynajmniej raz w tygodniu. Nigdy sama sie nie odezwiesz. Masz swoje zasady. Nie spoufalasz się. Znamy się już trochę a nadal jestem dla Ciebie anonimowy. Ale nie dziwię Ci się, tylu Cię adoruję...

w PUP-ie

Być w ciemnej PUP-ie nabiera nowego znaczenia. Wyjść z czarnej PUP-y też. Jak już się wyjdzie z PUP-y to będzie dobrze. Wyjdzie słońce, nadejdzie wiosna i osrają nas radosne skowronki.

Jako pewien rodzaj żartu oraz autosarkazmu noszę znaczek moje uczelni, którą nie wiadomo po chuj kończyłem. Marzę o znaczku PUP-u. Albo chociaż długopisie...

Kącik muzyczny: anarchistycznie w temacie:)

ziom r.

22:00, ziomalstwo
Link Komentarze (4) »
wtorek, 22 lutego 2011
Do samozwańczych polonistów

Drodzy samozwańczy poloniści, co poprawiać człeka lubicie i wszelkie jego potknięcia piętnować zwykliście, czyż nigdy nie pomyśleliście, że nie każdy, który rzekł poszłem to baran zwyczajny? Czy może poszłem mówi nie od tak sobie, wywlekając z obuwia swego ukrytą słomę, lecz jest w tym sens głębszy? Może to nie takie proste jak myślicie? Może lepiej się wstrzymać ze smagającym spojrzeniem, które karą za błędy ma być najwyraźniej?

Bo oto okazać się może, że poszłem wcale nie jest oznaką dyletanctwa językowego, lecz jedynie drwiną z tego jakże często spotykanego błedu. Drwiną z poprawiającego również, bo gdy tylko rzekniesz poszłem, rzuci się do gardła twego stado groźnych poprawiaczy z polonistycznymi kłami i krzykiem "poszedłem!, poszedłem!, poszedłem!".

Mówić po polsku należy poprawnie, ale robić z tego fetysz i nadgorliwie ścigać wszelkie odchyły to rzecz śmieszna. W sam raz do drwin. Stąd małe wytłumaczenie, ściąga...:

Poszedłem - gdy daleko
Poszłem - gdy było blisko
użycie w zdaniu: To ja raz dwa poszłem do kiosku i już jestem. Szedłem chyba z godzinę.użyć tego sformułowania nie bał się nie lada autorytet w kwestii tekstów Kazik Staszewski w piosence Karinga wyraźnie artykułuje: "to taki szlak, którym szłem, na którym ostro grałem"
Któż rzuci kamieniem polonistycznym w tego grubasa z frędzlami/frendzlami na głowie, no kto?!

Wziąć - wejść w posiadanie danej rzeczy dłużej lub na zawsze
Wziąść - wejść w posiadanie danej rzeczy jedynie na chwilę...
i od razu słowa typu zawziąć się lub uwziąść się na kogoś nabierają innego znaczenia...

Chcę - od tak sobie nie specjalnie mocno czegoś oczekuję
Chcem - naprawdę mocno czegoś pragnę
Chcem piwa! użycie: znowóż Kazik Staszewski (http://w118.wrzuta.pl/audio/20c5e6Yop5S/kazik_-_16_-_chcem_piwa_cz.2 )

Tędy - tam
Tędyk - tam ale na skróty
użycie: Jak dojdę na dworzec? Pójdzie Pan tędy, w prawo, w lewo, minąć światła i już Pan jest. / Pójdzie Pan tędyk i już Pan jest.

Patrzałem - tylko przez sekundę
Patrzyłem - powyżej sekundy
użycie: Patrzałem się na nią i nic! / Patrzyłem sie na nią i nagle mi jej chłopak przyrypał.

Włączać - ręką prawą
Włanczać - ręką lewą (przez włancznik)
użycie: wyjątek: włączać/włanczać sie do ruchu - i tak źle i tak nie dobrze, kierownicę trzyma się obiema/oboma dłoniami/dłońmi !!

Pierdłem - i wykryto
Pierłem - i bezkarność
użycie: Pierne im będzie śmiesznie. Pierdłem i wstyd.

Rzygnąłem - naturalnie
Rzygłem - z pomocy
użycie: tu sprawa jasna...

Połowa - 0,5
Półowa - 0,55
użycie: Dzielimy się na półowę?

Obejrzeć - z bliska
Oglądnąć - z daleka
użycie: Pozwoli mi Pan sprzedawca obejrzeć ten zegarek? A oglądnij se Pan.

Na obkoło - ominąć coś
Na około - pójść na wprost
użycie: Idziemy na około? No co ty, choćmy na obkoło, tam są wściekłe psy.

Kręcić - rejsestrować obraz telefonem
Kamerować - rejestrować obraz aparatem
Filmować - resjestrować obraz kamerą
użycie: Ty słuchaj Toda, jak będziesz dmuchać świeczki na torcie to mam kręcić, kamerować czy filmować? Aaa, nie chcesz tortu tylko deskę serów. To może nakameruje jak gryziesz ser...?

To oczywiście jedynie kropla w wodzie oraz igła w stogu siana na polanie polonistycznych buców. Może jednak warto się zastanowić zamiast zdecydujemy się być językowym nadgorliwcem?:)

Kącik muzyczny: The Black Heart Procession, It's A Crime I never Told About You About Diamonds In Your Eyes:

 

ziom r

21:00, ziomalstwo
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 34
Wolność dla Czeczenii

Wolna Birma

RatujTybet

Muzyka Przeciwko Rasizmowi

LAO CHE

KULT

wSzczecinie.pl

Strefa Folku

Mail do Ziomów